| rdfs:comment
| - Feb, w słonecznej swej dorożce, płomieniste zaciął konie i niebieskim swoim szlakiem pół już był upalił drogi - Ja zaś, leżąc, śniłem jeszcze (o uciesznie sparowanych niedźwiedziskach i upiorach) wprost warjackie arabeski! Obudziłem się w południe - sam, jak palec, Moja bowiem gospodyni, wraz z Laskarem, dodnia wyszli już na łowy. Jeno mops pozostał w szatrze. Przed kociołkiem, przy ognisku, stał ci on wyprostowany i warząchew trzymał w łapie. Snać niezwykłej wzór tresury, łyżką mieszał on polewkę, gdy skipiała - i skwapliwie z wrzątka zgarniał szumowiny. Co to?... Jeszcze mi gorączka pali mózg - czy sam uległem czaro w mocy?... Uszom moim wierzyć nie chcę. Mops przemówił! Mops przemówił - i to szwabsko dobrodusznym dyalektem. Sennie, jakby w zadumaniu pogrążony, prawi tak: Biada! Szwabski
|
| abstract
| - Feb, w słonecznej swej dorożce, płomieniste zaciął konie i niebieskim swoim szlakiem pół już był upalił drogi - Ja zaś, leżąc, śniłem jeszcze (o uciesznie sparowanych niedźwiedziskach i upiorach) wprost warjackie arabeski! Obudziłem się w południe - sam, jak palec, Moja bowiem gospodyni, wraz z Laskarem, dodnia wyszli już na łowy. Jeno mops pozostał w szatrze. Przed kociołkiem, przy ognisku, stał ci on wyprostowany i warząchew trzymał w łapie. Snać niezwykłej wzór tresury, łyżką mieszał on polewkę, gdy skipiała - i skwapliwie z wrzątka zgarniał szumowiny. Co to?... Jeszcze mi gorączka pali mózg - czy sam uległem czaro w mocy?... Uszom moim wierzyć nie chcę. Mops przemówił! Mops przemówił - i to szwabsko dobrodusznym dyalektem. Sennie, jakby w zadumaniu pogrążony, prawi tak: Biada! Szwabski ja poeta, w smętku mrący na obczyźnie. W mopsa dziś zaklęty, muszę czarownicy strzedz kociołka! Co za zbrodnią i ohydą wszelkie czary! Jak tragiczny wieszcza los! W powłoce psa, ludzkie trawią go uczucia. Obym doma był pozostał, w szkolnych druhów wiernem gronie! Któż-bo z nich jest czarodziejem? Kogo, kiedy, oczarował? Obym doma był pozostał, przy cnotliwym panadliku i przy słodkim szwabskich gajów pierwiosneczku, przy Mayerze! Dziś w nostalgii mrę katuszach. Ujrzeć radbym choćby jeno dym, co kurzy się z komina, gdy w Stukkert'cie warzą kluski! Na te słowa, rozrzewniony w skok porwałem się z barłoga i usiadłszy przy kominie, zmiłowania rzekę tonem: Piewco zacny! Skąd się wziąłeś w czarownicy tu schronisku - i dlaczego tak okrutnie przetworzono ciebie w mopsa ? On zaś huknie z uniesieniem: Więc nie Francuz? Wielkie nieba! Rodak - Niemiec. Więc zrozumiał cichy, skryty mój monolog! - Ot, nieszczęście, panie ziomku! Kto zaś winien? Radca Kolie - i przy lulce i przy piwku w knajpie, z onym, pogawędki. Póty wracał do sentencji, że umysłu nic nie kształci nad podróże - (sam się przecie polerował na obczyźnie) - Aż i jam zapragnął schodzić mych podeszew szorstką krustę, tudzież (jak i on) misternie przeogładzić się w światowca. Pożegnałem więc ojczyznę - i w kształcącym tym wojażu odwiedziwszy Pireneje, do Uraki wszedłem chaty. Doręczyłem jej Kernera list, z Justynka poleceniem. Któż przypuszczał, że mój druh z czarownice ma konszachty? I gościła mnie Uraka całem sercem - lecz o zgrozo!, przyjaźń rosła, aż nakoniec zmysłów zwyrodniała chucią. I w ohydnie zwiędłem łonie żar rozgorzał wszeteczeństwa; sprośne się uwzięło babsko na niewinność mą, na cnotę... Ah, madom - (błagałem) - wybacz; nie rozwiązły ja Geteńczyk, lecz cnotliwej, szwabskich wieszczów szkoły, członek i wyznawca. Obyczajność muzą naszą, i z najtęższej, grubej skóry nosi majtki. Miejże litość - i poniechaj mnie, madami Są poeci, co dowcipem olśniewają - lub polotem - albo ogniem. My zaś, szwabscy, posiadamy za to cnotę. Oto klejnot nasz jedyny! Stój, madam - nie zdzieraj ze mnie bożych rabów tej żebraczej płachty, co mi nagość kryje! Tak błagałem - lecz z przekąsem uśmiechnęła się sprośnica i szyderczo, ostu pręciem, nagle mej dotknęła skroni. Naraz, przykry mnie owionął chłód, jak gdyby całe ciało gęsia mi powlokła skórka. Gęsia? Nie. Ach, mopsia raczej. Psia to była szczeć - i odtąd, od przeklętej onej chwili, (jako widzisz sam, o ziomku) chadzam przemieniony w mopsa. Biedaczysko mops! Od łkania nie mógł już wykrztusić słówka, i szlochając, i zawodząc, w szlozach niemal się rozpływał. Słuchaj - (rzekę doń z współczuciem) - gdybym z psiej cię wydarł skóry? Jakże radbym rymotworstwu zwrócić ciebie - i ludzkości! Ale mops, z rozpaczy giestem, łapy uniósł ku niebiosom, i westchnąwszy, z głuchym jękiem w końcu wyłkał mi odpowiedź: Do sądnego dnia już więźniem zostać mi w tej mopsiej skórze - chyba, że mnie z niej wyzwoli czystej dziewy wielkoduszność. Tak. Dziewica jeno czysta, męzką nie dotknięta dłonią, skruszy czar - jeżeli wiernie takiej podda się klauzuli: W Sylwestrową noc, niech dziewa wiersz po wierszu, Pfizerowe przewertuje poematy - lecz, na Boga! — niech nie zaśnie. A dziewiczych jeśli ocząt sen nie sklei przy lekturze: pryśnie czar - odetchnę ludzko mops, znów stanie się człowiekiem. Ach - (odeprę) - więc nie zdołam wyzwolenia podjąć dzieła! boć nasamprzód: nieskalaną trudno zostać mi dziewicą - nadto zaś: tem mniej jam zdolen, wiersz po wierszu, Pfizerowe przewertować poematy — i nie zasnąć przy lekturze.
|