| rdfs:comment
| - To taka waga srebrna, uśmiech nieba w ziemi, ujrzy nas i uniesie z rękami ciemnymi od pracy, utrudzonych przygarnie i z odbić gdzieś na krańcu żywota może się odczyta nasze twarze milczące. Będziemy podobni sami swoim odbiciom w niej albo podobni ciemnościom, które niesie, albo nieskalane twarze w srebrze zostaną, a niepokonane. A ta rzeka unosi nie trwając ni chwili, a czasem takie ręce żelazne unosi, a czasem w niej westchnienie, co o oddech prosi, i myją krwawe dłonie ci, którzy zabili. I czasem łza upadnie, jakby popiół padł powitaniem: "O płyńcie! Ileż jeszcze lat?"
|
| abstract
| - To taka waga srebrna, uśmiech nieba w ziemi, ujrzy nas i uniesie z rękami ciemnymi od pracy, utrudzonych przygarnie i z odbić gdzieś na krańcu żywota może się odczyta nasze twarze milczące. Będziemy podobni sami swoim odbiciom w niej albo podobni ciemnościom, które niesie, albo nieskalane twarze w srebrze zostaną, a niepokonane. Płyń, ziemio. Długi wieczór i ptaki u lic, zdaje się, rzęsy trzepot przyjacielskich oczu, i jaskółki cieniami ciepłymi migocą, i noc zapada ciężko, i pierzasty świt podnosi chmur powiekę. Tratwy suną w mrok, owoce ciężkie niosą; jabłka - jakby grad burz dostałych opadły z drzew minionych lat. Cóż będziemy czynili? Domki na wybrzeżu jak zabawki czekają na dziecinną dłoń, a wokoło zwierzęta utrudzone leżą I na biegunach cieni w głąb pastwiska koń - przebiega. Ludzie oczy unoszą z daleka, Uśmiechają się, ręce w powitania kwiat wznoszą, jakby mówili: "Płyńcie. Tyle lat". I z uśmiechem zostają pogodni i sami z tym sercem rozdzielonym na światło i kamień. A ta rzeka unosi nie trwając ni chwili, a czasem takie ręce żelazne unosi, a czasem w niej westchnienie, co o oddech prosi, i myją krwawe dłonie ci, którzy zabili. I czasem łza upadnie, jakby popiół padł powitaniem: "O płyńcie! Ileż jeszcze lat?" A to tych ziem spalonych włosy albo dym, a to skrwawionych chłopców, których ścina kat, matki ciała obmyją, nim oczy sczernieją, jeszcze rzeka wskrzeszeniem, daremną nadzieją, albo dziewczątka ciche o oczach z ołowiu, jakieś serca rozdarte i trumny w niej łowią, a to przebite ręce upiory zanurzą, oczy powydzierane jak kamienie dnem potoczą się, zahuczą, nim się staną różą, co nad wodą wyrośnie, i jak skrzepła krew u hełmów złych zwycięzców przypięta - przepali i będzie jako grot z milczenia i ze stali. Płynie rzeka spokojna. Dobra ziemio płyń, rzeka wszystko rozdzieli na zbrodnię i czyn i spokojna, żelazna, uniesie, pogodzi dymy splątanych odbić na kwiaty narodzin, na barki trumien głuchych. Zapomniany głos jeszcze w niej woła cicho, jeszcze bieli włos zapatrzonych na brzegu. Jeszcze trawy długie, jeszcze jaskółki przetną i zważą powietrze maleńkim ruchem skrzydeł. Jeszcze westchnie przestrzeń. Kończy się ciemna rzeka i zapada czas. Image:PD-icon.svg Public domain
|