| abstract
| - Poszukiwania moje były bezowocne. Obecnie pod wpływem zwiększającego się wciąż podniecenia, wydaje mi się, że te ściany są coraz grubsze… że mury mego więzienia zacieśniają się stopniowo… że przygniotą mnie niebawem… Ile czasu trwał ten stan… nie mógłbym powiedzieć. Doszedłem do swojej celi, w której nie znajdę ani snu, ani spokoju… Spać, gdy umysł jest w stanie takiego podniecenia… Spać, gdy waży się mój los, dotąd tak beznadziejny! Rozwiązanie mego położenia się zbliża… Ale co mi przyniesie to rozwiązanie?.. Czego spodziewać się mogę od ataku na Back-Cup, nie zdoławszy ubezwładnić Tomasza Roch?… Jeżeli okręty przepłyną niebezpieczny obręb, a nawet przedtem… jego pociski je dosięgną… Bądź co bądź, jestem skazany na przepędzenie w mej celi ostatnich godzin tej nocy. Dopiero rano będę mógł coś postanowić. Kto wie jednak, czy nie usłyszę jeszcze tej nocy wystrzału fulguratora Roch, niszczącego okręty? W tej chwili obrzucam ostatniem spojrzeniem Bee-Hive. Dostrzegam tylko jedno światełko… jedyne… światełko pracowni odbijające się w falach jeziorka… Wybrzeże jest puste… nikogo na grobli… A zatem w Bee-Hive niema nikogo… Korsarze muszą być w pogotowiu na wybrzeżu… Nieprzezwyciężony instynkt ciągnie mnie w stronę korytarza… zamiast wejść do mojej celi, posuwam się wzdłuż ściany, nasłuchując skąd głosy dochodzą, abym się mógł ukryć w razie potrzeby w jakim załomie skały… Dochodzę do otworu… Boże wszechmocny… nikt nie strzeże korytarza… Wejście wolne… Nie zastanawiam się ani chwili… Poomacku przeciskam się przez wąską szczelinę… Niebawem ogarnia mnie świeże powietrze… powietrze morskie, za którem tęskniłem od pięciu miesięcy… Wciągam je pełną piersią… Przez otwór korytarza widzę niebo zasiane gwiazdami… Żaden cień go nie zastania… może będę mógł wyjść z Back-Cup. Kładę się i pełzam wolno, bez szelestu. Dotarłem do wyjścia…. wychylam głowę… patrzę… Nikogo… nikogo! Pełzając na wschód wysepki, niedostępnej z tej strony przez rafy ją otaczające, a przez to niestrzeżonej, dochodzę do załomu, znajdującego się o jakie dwieście metrów od krańca wysepki, wysuniętego na północo-zachód. Wreszcie opuściłem tę pieczarę… nie jest to jeszcze wolność, lecz początek wolności. Na krańcu snują się cienie straży, zlewając się w jedno ze skałami.. Niebo jest czyste, gwiazdy świecą silnym blaskiem nocy zimowych. Na horyzoncie, jak gdyby linja świetlna, widnieją ognie przybyłych okrętów. Sądząc z białych oparów, ukazujących się na wschodzie, wnoszę, że musi być około piątej. 18 listopada. – Już dzień… mogę pisać… Muszę upamiętnić odwiedziny moje w pracowni Tomasza Roch… może to po raz ostatni ręka moja włada piórem…. Zaczynam pisać… w miarę rozwoju wypadków, zapisywać je będę. Ostatnie mgły, unoszące się nad morzem, znikły… Widzę okręty… Jest ich pięć… stoją w jednym szeregu w odległości mniej więcej sześciu mil… a zatem poza obrębem działania pocisków Tomasza Roch. Nie potrzebuję się więc obawiać, że okręty te miną wysepkę, dążąc ku wyspom Antylskim lub Meksykowi… Nie! stoją na miejscu, przygotowując się do ataku… File:'Facing the Flag' by Léon Benett 40.jpg W tej chwili powstał ruch na wybrzeżu. Kilku korsarzy wyłania się ze skał. Straż, stojąca na krańcu wysepki, cofa się wtył. Cała banda jest w komplecie. Nie potrzebują ukrywać się w pieczarze, wiedząc, że okręty nie zbliżą się na tyle, aby ich pociski dosięgnąć mogły wysepki. W wyłomie, który mnie ukrywa całego, jestem pewny, że mnie nie dostrzegą. Oby tylko inżynier Serkö lub kto inny, nie zechciał sprawdzić, czy jestem w mej celi… Ale właściwie dlaczego mieliby się mnie obawiać? Około pół do ósmej Ker Karraje, inżynier Serkö, kapitan Spade zdążają do wysuniętego na północo-zachód krańca wysepki, aby zbadać horyzont. Za nimi stoi sześć kozłów z gotowemi pociskami w korytkach. Stąd to zakreślą one długą linję przebiegu, dążąc do obrębu, gdzie ich wybuch wstrząśnie warstwą powietrzną. Siódma trzydzieści pięć. – Kilka dymów unosi się nad okrętami, zapewne mają zamiar zbliżyć się do obrębu działania fulguratora. Straszne krzyki radości, a raczej wycia dzikich zwierząt, wydobywają się z piersi tej hordy bandytów. Równocześnie inżynier Serkö opuszcza Ker Karraja i kapitana Spade i poprzez otwór korytarza dąży do pieczary zapewne po Tomasza Roch. Jak się zachowa Tomasz Roch? Czy przypomni sobie moje słowa i nie zechce posłuchać Ker Karraja?… Nie łudzę się pod tym względem… Czyż wynalazca nie jest u siebie?… Czyż nie powtarzał tego… Czy nie jest przekonany o tem… Atakują go… będzie się bronił… Tymczasem okręty zbliżają się powoli prosto ku wysepce. Może łudzą się, że Tomasz Roch nie odkrył ostatniej swej tajemnicy korsarzom z Back-Cup – jak to miało miejsce w chwili, gdy wysyłałem baryłkę. – Jeżeli dowódcy okrętów przekroczą obręb niebezpieczny, wkrótce pozostaną z nich tylko szczątki na oceanie!… Otóż i Tomasz Roch w towarzystwie inżyniera Serkö. Obaj dążą w stronę kozła, znajdującego się na krańcu wysepki. Ker Karraje i kapitan Spade oczekują go w tem miejscu. O ile wnioskować mogę, Tomasz Roch jest spokojny. Wie, czego ma dokonać. Żadna wątpliwość nie wkradnie się do jego duszy, ogarniętej żądzą zemsty! W jego ręku lśni się rurka szklana, zawierająca płyn zapalnika. Patrzy w stronę najbliższego okrętu, oddalonego na pięć tysięcy metrów. Jest to krążownik średniej pojemności – najwyżej dwu tysięcy pięciuset tonn. Nie widać bandery, ale z budowy wnoszę, że należy do narodowości niezbyt sympatycznej dla Francuza. Cztery inne statki pozostają wtyle. Krążownik ten ma pierwszy atakować wysepkę. Niechże więc strzela i niech pierwszy pocisk dosięgnie Tomasza Roch! Podczas gdy inżynier Serkö śledzi badawczo ruch krążownika, Tomasz Roch staje przed kozłem. Znajdują się na nim trzy pociski, napełnione materjałem wybuchowym i innego rodzaju materjałem, który ma im zapewnić, spalając się, osiągnięcie celu. Wystarczy zresztą, aby wybuch nastąpiło kilkaset metrów od okrętu dla doszczętnego jego zniszczenia. File:'Facing the Flag' by Léon Benett 41.jpg Nadeszła chwila decydująca. – Tomaszu Roch! – woła inżynier Serkö. Wskazuje mu palcem krążownik, który kieruje się zwolna ku północno-zachodniemu krańcowi i jest już od czterech do pięciu mil od wysepki. Tomasz Roch potakuje głową, i ruchem ręki pokazuje, że chce być sam przy pocisku. Ker Karraje, kapitan Spade i inni cofają się o pięćdziesiąt kroków. Wtedy Tomasz Roch otwiera szklaną rurkę i wlewa kolejno po kilka kropli płynu w niej zawartego, do otworów, znajdujących się u wierzchołka pocisków… Czterdzieści pięć sekund upływa, czas potrzebny do wywołania wybuchu, czterdzieści pięć sekund, w ciągu których zdawało mi się, iż serce zamiera mi w piersi. Ostry gwizd rozdziera powietrze i trzy pociski pędzą ku krążownikowi… Czyżby chybiły?… Niebezpieczeństwo minęło?… Nie! Niebawem następuje wstrząs powietrza tak silny, jak gdyby prochownia z melinitem lub dynamitem wysadzona została w powietrze. Dolne warstwy atmosferyczne, odrzucone na wysepkę, wstrząsają nią tak silnie, że drży w swej podstawie. Patrzę, krążownik znikł, zgruchotany od spodu. Fulgurator Roch działa na podobieństwo pocisku Żalińskiego, tylko z siłą stokrotnie zwiększoną. Bandyci rzucili się na kraniec wybrzeża z niewypowiedzianym hałasem. Ker Karraje, inżynier Serkö i kapitan Spade stoją wpatrzeni, nie wierząc swoim oczom. Tomasz Roch zaś, z okiem błyszczącem, rękoma skrzyżowanemi, promienieje… Nienawidzę go, lecz rozumiem triumf wynalazcy, którego uczucie nienawiści, podsycane zemstą, zaspokojone zostało!… Jeżeli inne okręty zechcą się zbliżyć, spotka je ten sam los… Uciekajcie czem prędzej, zaniechajcie tego bezowocnego ataku, a wraz z wami niech zginie ostatnia moja nadzieja!… Państwa wyślą inny środek do zburzenia Back-Cup!… Otoczą je pierścieniem okrętów i korsarze zginą z głodu w swej pieczarze, jak dzikie zwierzęta w swych jamach… Lecz – wiem o tem – żaden statek wojenny nie cofnie się nawet przed niechybną zgubą. Jeden po drugim będą stawiały czoło niebezpieczeństwu, choćby miały być zatopione w głębiach oceanu! I, w istocie, oto statki zamieniają liczne sygnały. Niebawem na horyzoncie ukazują się kłęby zgęszczonej pary, partej wiatrem północno-zachodnim, i cztery okręty ruszają Jeden z nich wyprzedza inne, płynąc całą siłą pary: śpieszno mu dojść do miejsca, skąd jego działa zagraćby mogły… Wychodzę z ukrycia… Patrzę rozgorączkowanemi oczyma… Oczekuję bezsilny na drugą katastrofę… Okręt ten, zwiększający się w mgnieniu oka, jest krążownikiem prawie tej samej pojemności, co poprzedni. Żadna flaga nie powiewa na nim, nie mogę poznać do jakiego państwa należy. Widocznie, że pośpiesza, ażeby ominąć niebezpieczny obręb, zanim nowy pocisk zostanie rzucony. Ale jakże ujdzie jego sile destrukcyjnej? Tomasz Roch stanął przy drugim koźle w chwili, gdy okręt przechodzi nad otchłanią, w której zginął pierwszy, a w którą pogrąży się niebawem. Cisza panuje w przestworzu, pomimo że lekki powiew ciągnie z pełni morza. Nagle bębny zahuczały na pokładzie krążownika… pobudka się rozlega… jej głos miedziany dochodzi do mnie… poznaję go… to pobudka francuska… wielki Boże!… wszak to okręt mojego kraju… i on to padnie ofiarą zemsty Tomasza Roch! Nie!… to być nie może… Pobiegnę do niego… Powiem mu, że to okręt francuski… nie poznaje go… ale go pozna… W tej chwili, na znak dany przez inżyniera Serko, Tomasz Roch podnosi rękę, w której błyszczy rurka szklana… Bębny zahuczały silniej… Salutują sztandar, który zjawia się na maszcie… sztandar trójkolorowy, którego troista barwa zajaśniała na tle nieba… Co się stało?… Rozumiem!… Na widok swego sztandaru Tomasz Roch stanął jak pod wpływem czaru! – Jego ręka opada w miarę, jak unosi się w powietrzu ten sztandar… Cofa się… zakrywa twarz ręką, jak gdyby patrzeć na niego nie chciał… O nieba!… a więc miłość ojczyzny nie zamarła całkowicie w tem sercu zranionem, skoro wzrusza go widok narodowego sztandaru!… Wzruszenie moje nie zna granic… Nie myśląc o tem, że mogą mnie dostrzec, pcham się wzdłuż skał… Chcę dotrzeć do Tomasza Roch, podtrzymać go w razie potrzeby… Choćbym miał to życiem przypłacić, błagać go będę w imię ojczyzny… „Francuzie, zawołam, to sztandar trójkolorowy powiewa na tym statku… Francuzie, to cząstka Francji się zbliża!… Francuzie, byłbyś na tyle wyzutym z czci, abyś miał jej zadać cios!…. Moje współdziałanie jest niepotrzebne… Tomasz Roch nie jest pod wpływem bezmyślnego wzruszenia… wie, co czyni… W obliczu sztandaru zrozumiał… i cofnął się… Kilku korsarzy zbliża się… chcąc go przyprowadzić do kozła… Odpycha ich… wyrywa się… Ker Karraje i inżynier Serkö przybiegają… wskazują mu okręt zbliżający się szybko… każą mu wprawić w ruch pociski… Tomasz Roch odmawia. Kapitan Spade i inni grożą mu… obrzucają go obelgami… biją… chcą mu wyrwać rurkę z ręki… Tomasz Roch rzuca rurkę na ziemię i miażdży ją pod swoją stopą… Przestrach ogarnia nędzników!… Krążownik przekroczył niebezpieczny obręb, a oni stoją bezsilni wobec pocisków, które padają z okrętu, druzgocąc skały… Gdzie jest Tomasz Roch?… Czy dosięgnął go jeden z pocisków… Nie… spostrzegam go po raz ostatni, jak wpada do korytarza… Ker Karraje, inżynier Serkö i reszta korsarzy biegnie za nim skryć się we wnętrzu Back-Cup… Ja… za żadną cenę nie wrócę do pieczary, gdybym nawet miał być zabity na miejscu! Idę zapisać ostatnie zdarzenia, a skoro francuscy marynarze wylądują, pójdę… Na tem kończy się dziennik inżyniera Simona Hart.
|