| abstract
| - Nie zdołałem dotąd rozważyć niebezpieczeństw, jakie mogły stanąć nam na drodze. Chwila jednak ostateczna nadeszła. Mogłem wszak albo iść razem, albo cofnąć się i wrócić do domu. I zrobiłbym to ostatnie, gdyby nie wstyd wobec przewodnika. Jan tak spokojnie przyjął wiadomość o dalszej drodze, z taką obojętnością na wszelkie niebezpieczeństwo, że zarumieniłem się na myśl, iż jestem mniej od niego odważnym. Będąc sam, tłumaczyłem siebie doskonale i posiadałem tysiące argumentów usprawiedliwiających, ale w obecności przewodnika milczałem. Jedna z mych myśli uleciała na chwilę ku pięknej Małgosi i zbliżyłem się do środkowego komina. Miał on sto stóp średnicy, albo, trzysta stóp obwodu. Nachyliłem się i spojrzałem. Włosy zjeżyły mi się na głowie. Wszystko zaczęło przedemną wirować wokoło, zachwiałem się i byłbym upadł, gdyby nie ręka przewodnika, która chwyciła mnie nagle. Środek krateru był pełen schodów, utworzonych przez kawały skał i kamieni, zejście więc nie było zbyt trudne. Schodów wprawdzie nie brakło, ale brak był poręczy. Stryj mój obmyślił doskonały sposób zejścia na dno. Uwiązał sznur u wystającej skały, potem uczepiliśmy się wszyscy i w ten sposób przesuwaliśmy się po dwieście stóp aż do nieskończoności. — Teraz, — powiedział stryj, gdy urządzał owo zsuwanie się w dół, — zająć się trzeba bagażami. Trzeba je podzielić na trzy części i każdy z nas swą część umieści na plecach. Jan — ciągnął stryj dalej — weźmie narzędzia i część żywności. Ty, Axelu, też trochę żywności i broń; ja, resztę żywności i instrumentów. — Ale! — odezwałem się — a odzież, a ta masa sznurów, któż zabierze to wszystko? — Same zjadą na dół. — Jakto? — spytałem. — Zobaczysz. Stryj mój zarządził, aby Jan związał te rzeczy, o które pytałem i rzucił do przepaści. Posłyszałem odgłos lecących pakunków, stryj zaś patrzał na toczącą się w przepaść naszą garderobę. Gdy już stracił ją z oczu — rzekł do Jana: — Dobrze, teraz my zaczynajmy. Stryj przywiązał na plecach swój pakiet, Jan swój, na mnie zaś włożono mój bagaż. File:'Journey to the Center of the Earth' by Édouard Riou 25.jpg Zejście w dół odbywało się w ten sposób: na przedzie Jan, za nim ja ze stryjem. Schodziliśmy wśród najgłębszej ciszy. Od czasu do czasu tylko kamienie, oderwane od skał, staczały się w otchłań. Leciałem w przestrzeń, drżąc cały, żeby sznur się nie zerwał, był bowiem niezbyt gruby, a utrzymać miał aż trzy osoby i bagaże. Straszno było pomyśleć, że lecieliśmy nie widząc nic, w zupełnych ciemnościach i nie wiedząc, co spotkamy na dnie tego komina. Może wodę, a może roztopioną lawę. Kiedy Jan napotykał w swej drodze jaki ostry głaz, lub inną przeszkodę, zaraz wołał: — Uważnie! Po półgodzinnem schodzeniu przybyliśmy na powierzchnię skały, silnie do ścian komina przytwierdzonej. Stąd ciężka była przeprawa. Sznur zaczepił się o skałę, ale Jan rozbił w przelocie kawałek sterczącej skały i w ten sposób zsunęliśmy się obok niej bez wypadku. Wychyliwszy się, spojrzałem w dół i zauważyłem, że dna jeszcze nie widać. Manewr ze sznurem powtórzył się nanowo i po pół godzinie przebyliśmy znów dwieście stóp w dół komina. Nie wiem, czy najbardziej zapalony geolog był by w stanie ocenić pokłady ziemi, jakie mijaliśmy, a jednak stryj mój i na to w tej karkołomnej wycieczce zwracał baczną uwagę. Podczas małego wypoczynku odezwał się do mnie w te słowa. — Im głębiej schodzę, tem większą mam nadzieję. Skład tego wulkanicznego gruntu zupełnie zgadza się z teorją Davy’ego. Jesteśmy teraz w gruncie, utworzonym z metali roztopionych przy zetknięciu powietrza z wodą. Zobaczymy, co będzie dalej. Po trzech godzinach marszu w dół, jeszcze nie widziałem dna komina. Schodziliśmy bezustannie. Czułem, że chyba jesteśmy niedaleko dna, gdyż kamienie, spadające wskutek uderzenia naszemi nogami, miały odgłos szybszego spadania w otchłań. Czternaście razy powtarzaliśmy schodzenie na dół co pół godziny. A więc spuszczaliśmy się na sznurze siedem godzin, odpoczywaliśmy czternaście razy po kwadransie, czyli trzy i pół godziny. Zużyliśmy więc dziesięć i pół godziny. Wyruszyliśmy z wierzchołka o 1-ej, była więc dwunasta godzina w nocy. Co zaś do głębokości, jakąśmy przebyli, to te czternaście manewrów sznura po dwieście stóp, stanowiły dwa tysiące osiemset stóp. W tej chwili dał się słyszeć głos Jana: — Zatrzymać się! Zsunąłem się omal nie na głowę stryja. — Jesteśmy u celu — odezwał się stryj. — Gdzie jesteśmy? — spytałem. — W głębi komina. — Czy niema tu innego wyjścia? — Może być, zobaczymy to nazajutrz. Teraz posilmy się i połóżmy się spać. Nie było tu zupełnie ciemno. Otworzono worek z jedzeniem, każdy z nas posilił się, poczem ułożył się do snu na zastygłej lawie i kamieniach. A kiedy, rozciągnięty na twardem łożu, podniosłem do góry oczy, spostrzegłem błyszczącą nad moją głową gwiazdę, była to, jak zauważyłem, jedna z gwiazd, stanowiących wóz Wielkiej Niedźwiedzicy. Zasnąłem potem głębokim snem śmiertelnie znużonego człowieka.
|