| abstract
| - ledwie najniższych głazów nieczułych na echa śpiewał śpiewak mizerny tchem przekrwionych płuc. Na górach świętokrzyskich podawały jodły strumieniom szumy buków i szerokich grabów. W kaplicach dojrzewały szepty dawnych modłów a beznosy potworek klęczący przy drodze spleśniałe wargi zawarł w kamiennym uśmiechu. Wysoki prosty majak nad klasztorem rósł. Poeta nie miał siły powiedzieć: „odchodzę“. Patrzył na poszarpane ruiny i głazy, na okna zakreślone geometrją krat, zwały gipsowych świętych i podartej blachy i suchy mur więzienny jak uparty sen. Powtarzał: trzeba zerwać, zakończyć już z tem, składaniem w błahe rymy zużytych wyrazów, nieudolnem wtórzeniem słyszanym od lat, trzeba... i mierny śpiewak spoglądał ze strachem na niebo, chmury, drzewa, których nazwać nie mógł, na strumienie bijące przez soczysty mech... I znowu śpiewał słaby i bezsilny, jodły szum niosły wysoki bez ech — beznosy świątek na rozdrożu drzemał... 1934. Image:PD-icon.svg Public domain
|