| rdfs:comment
| - Jutro wróci mój pan młody Niech go Bóg niebieski wiedzie – Czy przez suche lądy jedzie, Czy przez wielkie płynie morze, Strzeż go Boże! – On wróci jutro – a ja gdzie jutro będę? pomyślał Kin-Fo pochyliwszy głowę na piersi. Młoda tankadera śpiewała dalej: Po rozdrożach I po morzach Luby! błąkasz się! A mnie oko tonie w łzie… Nieraz burzy słysząc wycie, W ciągłej trwodze o swe życie Serce moje utęsknione, Rozpłakane, rozżalone, Drżało jakby listek róży – Jakto? Nawet w tej chwili nie czuję najmniejszego wzruszenia – w chwili, kiedy mam zasnąć na wieki?
|
| abstract
| - Jutro wróci mój pan młody Niech go Bóg niebieski wiedzie – Czy przez suche lądy jedzie, Czy przez wielkie płynie morze, Strzeż go Boże! – On wróci jutro – a ja gdzie jutro będę? pomyślał Kin-Fo pochyliwszy głowę na piersi. Młoda tankadera śpiewała dalej: Po rozdrożach I po morzach Luby! błąkasz się! A mnie oko tonie w łzie… Nieraz burzy słysząc wycie, W ciągłej trwodze o swe życie Serce moje utęsknione, Rozpłakane, rozżalone, Drżało jakby listek róży W pośród burzy!… Kin-Fo słuchał ciągle w milczeniu. Tankadera tak zakończyła piosnkę: Po co tobie Szukać w grobie Wieczystego snu? Szczęście u mnie znajdziesz tu – Wróć kochanku – wróć z daleka… Już w świątyni bonza czeka By feniksów naszych parę Złączyć bóstwu na ofiarę, Gdy nas złączą wieczne śluby… Wracaj luby! – A może, pomyślał Kin-Fo, bogactwo i nie jest wszystkiem na świecie. Ale życie nie warte tego aby je przedłużać. W pół godziny potem Kin-Fo był już w domu. Dwaj cudzoziemcy, którzy szli krok w krok za nim, musieli się zatrzymać przed bramą jamenu. Kin-Fo spokojnie poszedł ku pawilonowi „Długiego życia,” otworzył drzwi, zamknął je za sobą i ujrzał się sam jeden w saloniku oświetlonym łagodnie ze szkła matowego. Na stoliku, zrobionym z jednej sztuki jaspisu, stała skrzyneczka, zawierająca kilka ziarnek opium, zmięszanego z niezmiernie szybko działającą trucizną, które znudzony bogacz trzymał w zapasie od wypadku. Kin-Fo wziął dwa ziarnka, włożył je w fajkę z czerwonej gliny, jakich zwykle Chińczycy do palenia opium używają, i już zabierał się do pociągnięcia fatalnego dymu, gdy naraz zastanowił się i rzekł: – Jakto? Nawet w tej chwili nie czuję najmniejszego wzruszenia – w chwili, kiedy mam zasnąć na wieki? Zawahał się. – Nie! zawołał ciskając o ziemię fajkę, która rozbryzła się w setki kawałków. Ja chcę, ja muszę doznać na ostatek przynajmniej silnego jakiegoś wzruszenia, chociażby z samego oczekiwania śmierci. Chcę – i doznam. Po tych słowach wyszedł z kiosku przyspieszonym krokiem i udał się do pomieszkania Wana.
|