| abstract
| - Sam jeden, na początku nocy, na samej granicy Bessarabji, w dodatku obciążony ciałem nieprzytomnego jeńca, którego nie mógł opuścić, znalazł się w położeniu bardzo trudnem. Ale wiedząc, że pomoc nie nadejdzie znikąd, jeżeli sam po nią się nie wyprawi, musiał się na coś zdecydować. Nie było czasu do stracenia; ocalenie Ladki zawisło od jego pośpiechu. Dragosz postanowił na razie porzucić Jankla, który był tak skrępowany, że nie mógłby uciec, choćby nawet powrócił do przytomności – a sam ruszył jak mógł najprędzej w górę rzeki. Po półgodzinnym pochodzie, przez zupełnie pustą okolicę, zaczął się lękać, że może będzie musiał tak iść do samej Kilii, kiedy nareszcie zobaczył dom stojący na wybrzeżu. Niełatwo doprosił się otwarcia drzwi domostwa. O tej godzinie, w takiem pustkowiu nieufność była zupełnie usprawiedliwiona i nie mogło nikogo dziwić, że mieszkańcy nie kwapili się z wpuszczeniem obcego do domu. Druga trudność wynikła z niemożności porozumienia się z mieszkańcami. Mówili oni jakiemś miejscowem narzeczem, którego Dragosz – choć wielojęzyczny, nie znał wcale. Dopiero po długich usiłowaniach, z pomocą mieszaniny wyrazów rumuńskich, węgierskich, słowackich i niemieckich, udało mu się wzbudzić w nich zaufanie i w ślad zatem otwarcie drzwi. Raz dostawszy się do wnętrza domu, Dragosz tak zręcznie zabrał się do rzeczy, że zanim upłynęły dwie godziny, dojeżdżał już wózkiem do miejsca, gdzie zostawił Jankla Semo. Jeniec leżał ciągle nieprzytomny i nie ocknął się nawet, kiedy go przenoszono na wózek, który zaraz ruszył do Kilii. Z początku, wózek, dla złej drogi, musiał jechać stępa, ale wjechawszy dalej na równiejszy gościniec, mógł przyśpieszyć biegu. Dragosz dobrze już po północy, wjechał do Kilii. Wszyscy w mieście spali i miał dużo trudności zanim znalazł naczelnika policji. Dotarł wreszcie do tego dostojnika, obudził go i zażądał pomocy. Nasamprzód postarał się umieścić w bezpiecznem miejscu Jankla Semo, któremu stopniowo wracała przytomność, i dopiero pozbywszy się kłopotu z jeńcem, zabrał się do dalszej roboty. Spieszno mu było urządzić pościg za zbójecką bandą i przyprowadzić pomoc Sergjuszowi Ladce. Ale na pierwszym zaraz kroku natrafił na nieprzezwyciężone przeszkody. W Kilii nie stał w owej chwili żaden parowiec, a naczelnik policji odmówił stanowczo wysłania swoich podwładnych na rzekę. Ta odnoga Dunaju stanowiła granicę między Rumunją a Turcją. Turcja mogła wdać się w tę sprawę, co byłoby bardzo niepożądane w chwili, kiedy już rozlegały się pierwsze pogróżki wojenne. Gdyby rumuński dygnitarz przewidział był przyszłość, byłby mniej lękliwy, ale że jej nie znał, drżał na samą myśl wywołania jakichś zatargów z Turcją i wolał unikać wszelkich niebezpiecznych kroków. Zdobył się tylko na jedno: poradził Dragoszowi, by udał się do Suliny i w tym celu da mu przewodnika, który potrafi go przeprowadzić przez deltę Dunaju, na przestrzeni pięćdziesięciu kilometrów. Zanim obudzono przewodnika, zanim ten dał się nakłonić do podróży, zanim zaprzężono wózek i przeprawiono go na prawy brzeg rzeki, zeszło dużo czasu. Była już trzecia rano, kiedy Dragosz ruszył wózkiem zaprzągniętym w niewielkiego, lecz na szczęście szparkiego konika. Naczelnik policji w Kilii słusznie ostrzegał o trudnościach tej podróży przez dunajową deltę. Wózek musiał przebierać się przez drogi błotniste, pokryte miejscami wodą, na kilkanaście centymetrów głęboką. Gdyby nie przewodnik znający doskonale miejscowość, można było łatwo zabłądzić na tej rozległej równinie, bez żadnych drogowskazów. Jazda odbywała się powoli i często trzeba było przystawać dla wytchnienia zmęczonemu konikowi. Dragosz przyjechał do Suliny dopiero w południe. Za kilka godzin upłynie termin naznaczony mu przez Ladkę. Nie tracąc chwili, Dragosz pobiegł do przedstawicieli miejscowej policji. Sulina, na kongresie berlińskim przysądzona później Rumunji, należała jeszcze wtedy do Turcji, której stosunki z mocarstwami zachodniemi były mocno nieprzyjazne. Dragosz, poddany i urzędnik austrjacki, nie mógł spodziewać się życzliwego przyjęcia, pomimo że działał w interesie wspólnym obu krajów. Władze tureckie nie okazały mu wprawdzie złej woli, ale pomagały ociężale i niechętnie. Przytem dowiedział się, że policja tamtejsza nie posiada statku na swoje usługi; mógł liczyć jedynie na statki celników, których pomoc należała mu się w tym wypadku, gdyż zbójecka banda uprawiała zarazem przemytnictwo. Na nieszczęście, statek straży pogranicznej, dość szybki parowiec, nie stał na tę chwilę w porcie. Krążył po morzu, prawdopodobnie niedaleko brzegu. Dragoszowi pozostawało tylko jedno: nająć rybacką barkę i pogonić za statkiem, który niezawodnie spotka gdzieś niedaleko. Ajent doprowadzony do rozpaczy ciągłemi przeszkodami, zdecydował się na ten sposób ratunku. Pozostawało mu już tylko półtrzeciej godziny do terminu, naznaczonego przez Sergjusza Ladko… Dragosz borykał się z całym szeregiem przeszkód, a Ladko przez ten czas zdążał krok za krokiem, po wytkniętej drodze do celu. Cały ranek spędził na czatach; ukrywszy łódź w nadbrzeżnem sitowiu, śledził, czy statek Strigi nie czyni przygotowań do odpłynięcia mimo zniknienia Jankla Semo. Ladko był jednak prawie pewny, że Striga bez przewodnika nie odważy się puścić w drogę bardzo trudną, gdzie obfitość ławic piaskowych uniemożebnia żeglugę każdemu, kto nie zna tej części Dunaju. Przypuszczał nie bez podstawy – że rozbójnicy, nie mogąc pojąć, gdzie znikł ich pilot, skorzystają z pierwszej sposobności, by go zastąpić innym. Ale niełatwo o pilotów na tej odnodze Dunaju. Do jedenastej rano, oprócz statku Strigi, stojącego na kotwicy, na wodach rzeki nie pojawił się żaden inny. Dopiero o jedenastej ukazały się od strony morza dwa statki. Striga może wezwać je na pomoc, której musiał niecierpliwie upatrywać. Nadeszła więc dla Ladki stanowcza chwila. Wypłynął z pośród trzcin i zbliżył się do statku. – Hej! hej! –zawołał z całej siły. – Hej! hej! – odpowiedziały głosy z pokładu, Człowiek jakiś ukazał się na pokładzie, był to Iwan Striga… Wściekłość ogarnęła Ladkę na widok sprawcy tylu zbrodni nieubłaganego wroga, który zburzył jego szczęście i trzymał Naczę w swej mocy. Ale przygotowany był na to spotkanie. Zapanował więc nad swem wzruszeniem i zadając sobie gwałt, zapytał spokojnie: – Czy nie potrzeba wam pilota? Striga zamiast odpowiedzieć, przysłonił oczy rękami i przyglądał się długo pytającemu. Prawdę mówiąc, poznał go odrazu po głosie, ale czy to rzeczywiście był Sergjusz Ladko? Byłoby to coś tak nieprawdopodobnego – tak niespodziewanego, że Striga sam nie wiedział, co myśleć. – Czy to Sergjusz Ladko, z Ruszczuku? – zapytał w końcu. – Ja sam – odrzekł pilot. – Czy mnie nie poznajesz? – Musiałbym chyba być ślepy – odparł Ladko. Poznałem cię odrazu. Jesteś Iwan Striga. – I chcesz mi dopomódz? File:'The Danube Pilot' by George Roux 35.jpg – Czemu nie? Jestem przecsie pilotem – odpowiedział zimno Sergjusz Ladko. – To moje rzemiosło. Striga wahał się chwilę. Byłby to już nadmiar szczęścia, ażeby ten, którego tak nienawidził, oddawał się w jego moc dobrowolnie… Czy nie kryła się pod tem jaka zasadzka? Ale jakież niebezpieczeństwo mógł przedstawiać jeden człowiek, wobec silnej i odważnej załogi? Niech wyprowadzi statek na morze, kiedy jest tak głupi, że sam to proponuje… A gdy już raz dostanie się na pełne morze – zobaczymy wtedy! – Wejdź! – zawołał krótko dowódca bandy. Usta jego skrzywiły się srogim uśmiechem, który Ladko dojrzał chociaż zdała, mimo tego nie wahał się dłużej. Przybił do statku i wszedł na pokład. Striga wyszedł do niego. – Czy wolno mi wyrazić zadziwienie, skąd wziąłeś się tu, przy ujściu Dunaju? Pilot nie odpowiedział. – Mówili ludzie, że nie żyjesz –mówił dalej Striga. – Odkąd zniknąłeś z Ruszczuku… Ale i na to pytanie nie usłyszał odpowiedzi. – Co się z tobą działo? – nalegał Striga, niezniechęcony milczeniem Ladki. – Byłem ciągle w pobliżu morza – odrzekł nakoniec Ladko. – Tak daleko od Ruszczuku? – zauważył Striga. Sergjusz Ladko zmarszczył brwi. Badanie zaczynało go niecierpliwić, lecz wierny postanowieniu, pohamował zniecierpliwienie i odpowiedział spokojnie: – W czasach burzliwych trudno o zarobek. Striga przyglądał mu się szyderczo. – Mówili, że przystałeś do spiskowców? – wyrzekł drwiąco. – Nie zajmuję się już polityką – odparł oschle Ladko. Striga spojrzał na łódź pilota, uczepioną z tyłu berlinki. Zadrżał. Nie! Nie myli się… To ta sama łódź, którą się posługiwał przez cały tydzień, którą potem widział uwiązaną do bulwarku w Zemlinie. Czy Sergjusz Ladko okłamywał go, mówiąc że od czasu swego zniknięcia przebywał na delcie Dunaju, w pobliżu morza? – Więc od wyjazdu z Ruszczuku, byłeś ciągle w tych stronach? – dopytywał się natarczywie Striga, wpatrując się badawczo w twarz. – Tak – odpowiedział Ladko. – To mnie bardzo dziwi – zauważył Striga. – Dlaczego? Czy mnie widziałeś gdzieindziej? – Ciebie nie, ale tę łódź… Przysiągłbym, że widziałem ją w górze rzeki. – Być może – odrzekł obojętnie Ladko. – Kupiłem ją przed trzema dniami od jakiegoś człowieka, który mówił, że płynie, z Wiednia – Jak wyglądał ten człowiek? – zagadnął żywo Striga. Podejrzenia jego ciągle zwracały się w stronę Karola Dragosza. – Brunet, w ciemnych, wielkich okularach – objaśnił Ladko. – A! – szepnął Striga i zamyślił się. Objaśnienia pilota zmieszały go widocznie, nie wiedział już, co myśleć, ale wkrótce otrząsnął się z niepewności. Cóż mu wreszcie na tem zależy? Czy Sergjusz Ladko mówi prawdę, czy kłamie – w każdym razie jest w jego mocy. Głupiec, sam rzucił się w paszczę wilka! Raz wszedłszy na pokład statku, nie wyjdzie z niego żywy… Od tylu miesięcy Striga wmawiał w Naczę, że jest wdową… A gdy wypłyną na pełne morze, jego kłamstwo zamieni się w prawdę. – Płyńmy! – wyrzekł, skończywszy rozmyślania. – Wypłyniemy w południe – odpowiedział spokojnie Ladko. Wyjął z torby zapasy żywności i zabrał się do jedzenia. Striga rzucił się niecierpliwie. Ladko udał, że tego nie widzi. – Muszę cię uprzedzić – wyrzekł po chwili Striga – że chcę koniecznie wypłynąć na pełne morze, zanim nadejdzie wieczór. – Wypłyniemy przed wieczorem – odpowiedział pilot spokojnie, nie przerywając jedzenia. Striga poszedł na przedni pomost statku, na twarzy jego odbiła się troska. Jednak było to coś dziwnego, że właśnie mąż więzionej tu kobiety zaofiarował się przewodniczyć jego statkowi… Ale Striga, zważywszy, że Sergjusz Ladko nic nie mógł poradzić sam jeden przeciw sześciu uzbrojonym ludziom załogi, postanowił nie badać go dłużej. Lecz napróżno powtarzał sobie te niezbite argumenty. Pragnął koniecznie dowiedzieć się, czy zniknięcie Naczy wiadome było mężowi? Ciekawość tak go dręczyła, że musiał ją zaspokoić. – Czy od wyjazdu z Ruszczuku miewałeś z domu częste wiadomości? – zagadnął pilota, który posilał się spokojnie. – Nie miałem żadnych wiadomości – odrzekł zapytany. – I nie dziwi cię to milczenie? – Dlaczego miałoby mnie dziwić? – zapytał Ladko, wpatrując się badawczo w pytającego. Iwan Striga, choć bezczelny, zmieszał się pod tem spojrzeniem. – Myślałem… sądziłem że… że tam została twoja żona – wyjąkał. – A ja sądzę, że między nami lepiej mówić o czem innem – odpowiedział Ladko bardzo zimno. Striga umilkł. W kilka minut po dwunastej pilot rozkazał podnieść kotwicę, rozciągnąć i rozpiąć żagle i wziął ster do ręki. Striga podszedł wtedy do niego. – Muszę cię przestrzedz – rzekł spokojnie – że nasz statek potrzebuje głębokiej wody. – Woda tu jest dostatecznie głęboka. Statki zanurzają się na dwie stopy, nie więcej. – Nasz potrzebuje siedmiu stóp – objaśnił Striga. – Siedmiu?!… – zawołał pilot zdumiony. Te słowa wyjaśniły mu wszystko. Więc dlatego banda rozbójników na Dunaju wymykała się dotąd, mimo rewizji! Statek był zręcznie zbudowany. To, co ukazywało się ponad linją wodną, było obliczone na wprowadzenie w błąd szukających. Statek miał pod swojem dnem drugi statek podwodny i tam spoczywały pewnie zrabowane łupy. Ta kryjówka, jak wiedział z własnego doświadczenia Ladko, mogła w każdej chwili zamienić się na więzienie. – Siedem – powtórzył Striga na okrzyk pilota. – Dobrze – odparł Ladko, powstrzymując się od uwag. Przez pewien czas po wyruszeniu, Striga, który nie mógł mimo usiłowań, pozbyć się resztek niepokoju, czuwał bacznie nad pilotem. Ale zachowanie się Sergjusza Ladki uspokoiło go zupełnie. Bardzo uważny i pilny przy robocie, nie zdradzał żadnych podstępnych zamiarów; każdy ruch jego świadczył, że pilot zasługuje na sławę, jaką się cieszy. Pod jego ręką statek szedł posłusznie, wymijając niewidzialne mielizny i z dokładnością matematyczną przesuwał się przez prąd rzeki, wijący się wężykowato. Stopniowo uspokajały się obawy bandyty. Statek płynął spokojnie i równo, niedługo dopłynie do morza… O czwartej ukazało się morze… Na zakręcie Dunaju woda złączyła się z niebem na krańcach widnokręgu… Striga zagadnął pilota. – Dopłynęliśmy do celu, jak ci się zdaje? Sternik może już wrócić do steru? – Jeszcze nie – odpowiedział spokojnie Ladko. – Pozostała najtrudniejsza część przeprawy. W miarę zbliżania się do ujścia Dunaju, Striga wpatrywał się uporczywie w morze-Nagle pochwycił lunetę i skierował ją tam, gdzie ukazał się niewielki parowiec, okrążający wybrzeże od północy. Popatrzył chwilę, a potem rozkazał wywiesić na maszcie flagę. Parowiec odpowiedział na ten sygnał takim samym sygnałem i przyśpieszył biegu. W tej samej chwili Ladko skręcił na miejscu, i sterując w kierunku południowo-wschodnim, popłynął ku prawemu brzegowi Dunaju. Striga spojrzał zadziwiony na pilota, lecz uspokoił się widząc jego obojętność. Zapewne nowa ławica piasku zmusza statek do zboczenia w przeciwnym kierunku… Striga nie mylił się. Tak, szeroka piasczysta ławica rozkładała się w samym środku łożyska rzeki, ale nie od strony morza. Statek płynął prosto na tę ławicę, prowadzony pewną dłonią Sergjusza Ladko. Rozległ się potężny trzask. Statek zadrżał od samego dna; skutkiem silnego wstrząśnienia, maszt złamany u podstawy, upadł na pokład, a żagiel nakrył szerokiemi płatami ludzi, stojących na przednim pomoście. Statek mocno uszkodzony ugrzązł na piasku. Na pokładzie wszyscy upadli, nawet Striga, który zerwał się natychmiast rozgniewany. Spojrzał na Ladkę. Pilot nie wzruszył się wcale tym wypadkiem. Puścił ster i włożywszy ręce do kieszeni kurtki, wpatrywał się w swego wroga, śledząc czujnie jego poruszenia. – Łotrze! – ryknął Striga, wyjmując rewolwer i skoczył na przedni pomost. Z odległości trzech kroków wystrzelił. Ladko schylił się. Kula przeleciała górą i nie tknęła go. Ale w tej samej chwili zerwał się z błyskawiczną szybkością i jednym skokiem dopadłszy przeciwnika, ugodził go nożem w serce. Iwan Striga padł jak bezwładna masa. Stało się to tak szybko, że pięciu ludzi załogi, oplatanych zwojami żagla, nie zdążyło temu przeszkodzić. Widząc że wódz ich pada ugodzony, podnieśli wrzask straszliwy. Sergjusz Ladko rzucił się ku nim. Stanąwszy na wzniesieniu; górował nad pomostem, ku któremu biegli przerażeni ludzie. – Stójcie! – krzyknął, celując do nich z dwóch rewolwerów, trzymanych w obu rękach. Jeden z tych rewolwerów odebrał był Stridze. Ludzie stanęli, nie mieli przy sobie broni, którą zostawili w kajucie, a chcąc się do niej dostać, musieliby przejść pod ogniem rewolwerów Ladki. – Słuchajcie, towarzysze! – przemówił Ladko, nie zmieniając postawy. – Mam tu jedenaście kul. Więcej niż potrzeba do położenia was wszystkich, co do jednego. Ostrzegam, że zacznę strzelać, jeżeli nie cofniecie się natychmiast na przedni pomost! Ludzie zawahali się niezdecydowani. Ladko jednak wiedział, że gdyby wszyscy razem rzucili się na niego, zdążyłby położyć kilku, ale ostatecznie padłby pod ciosami reszty. – Baczność! Rachuję do trzech, zanim zacznę strzelać – oznajmił, nie dając im czasu do porozumienia. – Raz! Ludzie nie poruszyli się. – Dwa! – wymówił Ladko. – Trzy! – zawołał jeszcze głośniej. I nacisnął cyngiel. Jeden z ludzi padł, zraniony w ramię. Reszta przerażona, cofnęła się szybko na przedni pomost. Nie opuszczając swego stanowiska, Ladko spojrzał na parowiec, który zdążał wezwany sygnałem Strigi. Był już niedaleko. Gdyby dopłynął do statku, gdyby jego załoga połączyła się z rozbójnikami, położenie Ladki stałoby się rozpaczliwe. Parowiec podążał szparko. Nagle zakręcił na miejscu, zakreślił wielkie koło i… odpłynął na pełne morze. Co się stało? Czy spłoszyło go coś, czego Ladko nie mógł dojrzeć? Pilot stał i czekał z biciem serca. Minęło parę minut… Wtem ukazał się na widnokręgu duży parowiec, płynący od południa. Z komina jego buchały kłęby dymu. Płynął z niesłychanym pośpiechem… I wkrótce Ladko ujrzał na przednim pomoście, znajomą postać swego pasażera, Jegera, a właściwie Karola Dragosza… Odetchnął z głębi piersi… Ocalał! W parę minut pokład zapełnił się policją, a rozbójnicza załoga poddała się, nie próbując nawet oporu. Ladko pobiegł do kajut. Były puste… Jednej tylko drzwi zamknięte zastał na klucz. Wysadził je silnem pchnięciem i stanął na progu, napół nieprzytomny. Nacza wyciągnęła do niego ręce…
|