| abstract
| - Takie naprzemian burze i posępne, Głuche milczenie szarpały Tytanów. Zostaw ich, Muzo! Zostaw ich w tym bólu, Zbyt bowiem jesteś słabą, abyś godnie Mogła opieśnić ich mąki straszliwe. Samotna rozpacz bardziej odpowiada Twym śpiewnym wargom... Zostaw ich, o Muzo! Za chwilą bowiem spotkasz się, z niejednem Z dawnych, upadłych bożyszczy, bez celu Smutnie błądzących po błędnych wybrzeżach. Tymczasem cicho, łagodnie uderzaj W harfę delficką, a melodyom twoim Nietylko wiewy towarzyszyć będą, Idące z nieba, lecz i rozegrane W ciche poszumy wód doryjskich fale. Bo oto pieśń ta poświęcona Ojcu Wszelakiej pieśni... Niechaj się płomieni To, co purpury okraszone barwą. Róże niech rosną, i niech ciepłem wionie Wokrąg powietrze, i niechaj wieczorny I porankowy obłok tuli wzgórza W swoje rozkoszne runo; niech w puharach Pieni się wino czerwone, zimniejsze Od fal perlistych; niech muszla różowa, W piasku lub w głębiach schowana bezdennych, Skręca się w swoje kraśne labirynty I niech się młoda rumieni dziewica, Niby znienacka tknięta pocałunkiem. Raduj się wyspo Delos, ty najpierwsza Z pośród lesistych Cyklad — ty, zielonych Pełna oliwek, i palm rzucających Cień na polany twoje, i topoli, I szumnych buków, w których zefir śpiewa Swe najgłośniejsze śpiewy, i tych gęstych Krzaków leszczyny, ciemniejących w cieniu — Raduj się razem z niemi: on, Apollo, Jest znowu pieśni promienistą treścią. Gdzież on przebywał, kiedy Olbrzym słońca Stał jaśniejący śród żalów swych braci? W tym samym czasie opuścił był wcześnie Nadobną matkę i siostrę bliźniaczą, Śpiące w przybytku swoim, i o świcie Jął się przechadzać pośród wierzb nadrzecznych, Po kostki brodząc w lilijach doliny. Umilkł już słowik; po niebieskich drogach Wlokło się jeszcze kilka opieszałych Gwiazd, a w gęstwinie drozd rozpoczął świstać Z cichej gardzieli. Na tej wyspie całej Nie było schronu ni groty ustronnej, Gdzieby nie dotarł szmer i pogwar fali, Choć ledwie słyszan w niektórych zaciszach. On nadsłuchiwać począł i zapłakał, A łzy promienne ściekały kroplami Po łuku złotym, który dzierżył w dłoni. Tak stał, z przymkniętem, załzawionem okiem, Kiedy wtem z gąszczy jakowaś bogini Jęła się zbliżać uroczystym krokiem — Z widnym zamiarem w oczach, że ku niemu. On, przerażony, odczytał zamysły I melodyjnym tak przemówił głosem: „W jaki ty sposób przyszłaś tu przez morze, Którego żadna nie dotknęła stopa? Albo czyż — powiedz — kształt ten starodawny, W takie obleczon suknie, do tej pory W tych tu przebywał stronach niewidzialny? Prawda. Słyszałem-ci szmer tego płaszcza Nad spadającem liściem, gdym samotny Siadywał w chłodzie tego lasu... Prawda! Śledziłem szelest twojego podołka Nad trawą polan ustronnych; widziałem, Jak kwiaty główki wznosiły do góry, Kiedy nad niemi zawiewał twój poszum. O tak, bogini! Jam przedtem już patrzał W te oczy twoje, w ich spokój wieczysty, Przedtem już w twoje spoglądałem lice, Albo też śniłem..." „Śniłeś — śniłeś o mnie" — Odpowiedziała ta postać wyniosła, — „A gdyś się zbudził, znalazłeś przy boku Lirę złocistą, a kiedyś palcami Strun jej się dotknął, słuch nieutrudzony Wytężał cały ten wszechświat, by słuchać W bólu i wielkiej rozkoszy narodzin Tego nowego cudu pieśni... Powiedz: Nie jest to dziwnem, żeś płakał, takiemi Wyposażony darami? Młodzieńcze, Jakąż ty troskę możesz mieć? Odpowiedz, Bo smutna jestem, patrząc na łzy twoje; Odkryj swą boleść — odkryj przed istotą, Co na samotnej, ustronnej tej wyspie Była ci stróżem twoich snów i wszystkich Dni twego twego życia od pierwszej młodości, Gdy kwiaty ręką zrywałeś bezmyślną, Aż do tej chwili, kiedy ramię twoje Zaczęło dzierżyć ten łuk bohaterski. Serca swojego odsłoń tajemnicę Przed dawną Mocą, która uświęcone Odbiegła trony, usłyszawszy wieszczbę O narodzinach — tak! — nowego Piękna — Wieszczbę o tobie..." Po szybkim namyśle I z nieprzymgloną źrenicą, takiemi Odrzekł Apollo słowy, z nabrzmiałego Melodyą gardła, dźwięcznie: „Mnemosyne! Przecz na języku mam twe imię, nie wiem. Cóż ci mam mówić, o czem wiesz najlepiej? Cóż się mam silić, ażeby ci wyznać To, co w twych ustach nie jest tajemnicą? Zamyka oczy moje jakieś ciemne, Ciemne, bolesne, niskie zapomnienie: Silę się zbadać, czegom taki smutny, Że aż mi smutek ubezwładnia członki, I potem siadam śród traw i narzekam, Jak ktoś, co skrzydła miał u ramion. Czemu Złaman się czuję i klątwą obarczon, Kiedy ten pana nieznający powiew Do stóp się moich z upragnieniem łasi? Po co mam deptać trawy, jakby były Przenienawistne dla mych stóp?.. Łaskawa, Dobra bogini, chciej mi wytłómaczyć Niektóre rzeczy nieznane: istniejąż, Oprócz tej wyspy, inne jeszcze strefy? I czem są gwiazdy? Jest i słońce! słońce! I przełagodna poświata księżyca! A gwiazd tysiące! Pokaż-że mi drogę Na którą z gwiazd tych pięknych, a ja na nią Polecę razem z mą lirą i sprawię, Że blask jej srebrny będzie drżał z rozkoszy... Słyszałem grzmoty w chmurach: Czyjaż Moc to? Czyjaż to ręka, czyja boskość, czyja Wszczyna istota ten huk śród żywiołów, Gdy ja z bezmyślną, ale przebolesną Nieświadomością słucham z tych wybrzeży? Powiedz, samotna bogini, — na lutnię, Pojękującą ranki i wieczory, Powiedz, dla czego szaleję w tych gajach? Milczysz — a, milczysz!.. Lecz ja w tem milczącem Czytam obliczu przedziwną naukę: Oto jakiegoś ogrom przypomnienia Czyni wraz Boga ze mnie: szereg zjawów, Straszne wypadki, nazwiska, rokosze, Dawne legendy, królewskie rozkazy, Majestatyczne moce, walki, skony, Tworzeń i niszczeń potęga: to wszystko Zalewa naraz rozległe komory Mojego mózgu i wraz nieśmiertelne Daje mi piętno boskości — prawdziwie, Jakgdybym jakieś wypił niezrównane, Skrzące sią wino, jakiś niezwyczajny, Nadziemski trunek..." Tyle Bóg powiedział, A promieniste jego oczy, równym Płonące blaskiem pod białemi skrońmi, Drżącem uwięzły światłem w Mnemosynie. I potem naraz dziki szał nim wstrząsnął I rozczerwienił jasną, nieśmiertelną Urodą jego członków; był podobien Komuś, co walką stacza w bramach Śmierci, Albo też raczej komuś, który oto Żegna się z bladą, nieśmiertelną Śmiercią I z bólem, równie gorącym, jak zimnym Jest znów ból Śmierci, śród strasznych konwulsyj Umiera w pełni życia: tak się męczył Młody Apollo, a włos jego cudny — Jego złociste, przesławne kędziory W falistych kłębach wiły się po karku. A wśród męczarni takiej Mnemosyne Trzymała nad nim race niby wieszczka. — Naraz Apollo zakrzyknął — i oto Z jego niebiańskich kształtów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
|