| abstract
| - Pokój ten był najzupełniej nowoczesny. Na środku jaśniał owal, czerpiący światło z górnych ocienionych lamp elektrycznych. Reszta pokoju pogrążona była w cieniu. Cicho tu było niezmiernie, zwłaszcza, gdy się wyszło co dopiero z pełnej rozgwaru hali Atlasa. Głuche uderzenie podwójnych drzwi, które po części przyczyniały się do tej ciszy, nagłe zniknięcie hałasu i całej tej bieganiny, drżący krąg świetlny, stłumione szepty i szybkie ruchy towarzyszy — wszystko to dziwne sprawiało wrażenie. Olbrzymie uszy jakiegoś aparatu fonograficznego czekały na jego słowa, czarne oczy olbrzymich fotograficznych aparatów czekały, aż zacznie, poza nimi zaś rózgi metalowe i krążki migotały niewyraźnie, a coś brzęczało dookoła. Niewyraźna osnowa tego, co miał powiedzieć, zaświtała mu teraz głowie. Lecz to milczenie, to osamotnienie, nagłe zniknięcie tego tłumu, który swojem życiem porywał, to milczące audytoryum wytrzeszczonych aparatów, wszystko to zmieniło go w jednej chwili. Czuł bowiem, że boi się teraz niezgrabności, teatralności, że boi się dźwięku własnego głosu, jakości dowcipu. Odwrócił się do człowieka w żółtym stroju i rzekł łaskawie: — Muszę zaczekać jeszcze chwilę. Nie wiedziałem, że to tak się odbędzie. Muszę pomyśleć o tem, co mam powiedzieć. I kiedy jeszcze bił się z myślami, nadszedł posłaniec z nowiną, że pierwsze aeroplany unoszą się nad Arawan. — Arawan? — rzekł Graham. — Gdzież to jest? Zresztą to na jedno wyjdzie. Aeroplany są w drodze. Wkrótce tu będą. Kiedy? — O zmierzchu. — Wielki Boże! Za kilka godzin. Co nowego na stacyach aeronautycznych? — Ludność południowo-zachodnia gotowa, stoi pod bronią. — Gotowa! Odwrócił się znowu i stanął przed soczewkami. — Przypuszczam, że ma to być rodzaj mowy. Dałby Bóg, abym wiedział, co właściwie trzeba powiedzieć... Aeroplany w Arawan! W takim razie musiały wyjść przed główną flotyllą. — Ach cóż to szkodzi, że powiem źle lub dobrze? — rzekł w końcu i spostrzegł, że światło obficiej zaczęło padać. Ułożył sobie kilka ogólnikowych frazesów o demokratycznych uczuciach, ale nagle opadły go wątpliwości. Spostrzegł, że jego wiara w bohaterskość władną i powołanie nagle straciła grunt. Czuł, z całą jasnością teraz, że jego zerwanie z Ostrogiem było przedwczesne. Dziwił się teraz, że mógł był wogóle inaczej na te sprawy się zapatrywać. W tej skrajnej ostateczności postanowił jednak odrzucić rozumowanie i przeprowadzić to, co przedsięwziął. I nie mógł znaleźć słowa — nie mógł zacząć. I właśnie, gdy tak stał cały onieśmielony i jakby chciał usprawiedliwić się, że taki był niezgrabny, dał się słyszeć hałas i tupot kroków. — Zaczekać! — zawołał ktoś i równocześnie drzwi się otwarły. — Ona idzie — mówiły głosy. Graham odwrócił się. Przez otwarte drzwi dostrzegł idącą ku niemu drobną, szarą postać. Serce zaczęło mu bić gwałtownie. Była to Helena Wolton. Dokoła niej szum oklasków. Mężczyzna w żółtym stroju wynurzył się z cieniów i stanął w kręgu świetlnym. — Oto jest dziewczyna, która nam powiedziała, co Ostróg uczynił — rzekł. Twarz jej płonęła, a ciężkie zwoje czarnych włosów spadały jej na ramiona. Fałdy lekkiej, jedwabnej sukni, którą miała na sobie, falując, spływały z wdziękiem ku ziemi. Zbliżała się coraz bardziej, a serce Grahama biło coraz gwałtowniej. Wszystkie wątpliwości ulotniły się nagle. Cień drzwi padł jej na twarz, jeszcze krok, a Helena Wolton stanęła tuż przy Grahamie. — Pan nas nie zdradził? zawołała. — Pan z nami? — Gdzie pani była? — zapytał Graham. — W zakładzie południowo - zachodnim. W zbrojowni. Dziesięć minut temu dopiero dowiedziałam się, że pan wrócił. Udałam się do zbrojowni południowo - zachodnich. Chciałam dać znać przywódcom, aby oni powiedzieli ludowi. — Wróciłem, gdy tylko doszła mnie pogłoska... — Wiem — zawołała Helena — wiedziałam, że pan będzie z nami. I to ja im powiedziałam — ja. Powstali! Cały świat zerwał się na równe nogi. Lud się zbudził. Chwała Bogu, że nie darmo pracowałam. Pan jesteś ciągle jeszcze władcą. — Powiedziała im pani — rzekł powolnie Graham i zauważył równocześnie, że mimo blasku w oczach Helena nie mogła zapanować nad drżeniem, które wstrząsało nią całą. — Powiedziałam im. Znałam rozkazy. Byłam tu. Słyszałam, że murzyni mają przybyć do Londynu, aby ochronić pana i stłumić bunt ludu — ażeby pana trzymać w zamknięciu, jako więźnia — i przeszkodziłam. Wyszłam i powiedziałam ludowi. A pan ciągle jesteś władcą. Graham spojrzał na czarne soczewki aparatów fotograficznych, na olbrzymie nadstawione uszy fonografów, a potem znów na nią. — Jestem ciągle jeszcze władcą — rzekł powolnie. — I pani to uczyniła, pani, siostrzenica Ostroga? — Dla pana! — zawołała Helena. — Dla pana! Uczyniłam, ponieważ nie chciałam, aby pozbawiono potęgi pana, na którego zjawienie się świat czekał tak długo! Graham stał nieruchomo i patrzył na nią w milczeniu. Wątpliwości jego i pytania ulotniły się za jej przybyciem. Przypomniał sobie wszystko, co miał powiedzieć. Stanął znowu przed aparatami fotograficznymi. Krąg światła rozszerzył się znowu. I znowu zwrócił się ku niej. — Pani mnie uratowała — rzekł. — Uratowała pani moją władzę. I walka teraz się rozpocznie. Wie Bóg jeden, na jakie rzeczy spoglądać będzie ta noc dzisiejsza — w każdym razie nie ujrzy hańby. Zwrócił się teraz ku niewidzialnym tłumom, które patrzyły nań przez te dziwne czarne oczy. Z początku mówił powolnie. — Mężowie i niewiasty nowego wieku — rzekł. — Powstaliście, aby stanąć w obronie własnej krwi!... Nie łatwe zwycięztwo mamy odnieść. Przerwał, żeby poszukać słów. Myśli, które miał w głowie, zanim przyszła Helena, wróciły znowu, lecz w zmienionej postaci. Już nie miały na sobie piętna możliwej błachości. — Ta noc jest początkiem! — zawołał. — Ta walka, która się zbliża szybkim krokiem ku nam, jest dopiero początkiem. Być może, iż przez całe życie będziecie musieli walczyć. Nie ustawajcie, gdyby mnie już nie stało — gdyby mnie zupełnie wrogowie mieli pokonać. Nagle zdawało mu się, że to, co chce powiedzieć, nie da się ująć w słowa. Zatrzymał się na chwilę i zaczął dawać ogólnikowe napomnienia, potem ogarnęła go nagle fala wymowy. Wiele zdań, które wyrzekł, tchnięty humanitarną banalnością minionych wieków, atoli przekonanie i głęboka wiara, jaką umiał wlać w swe słowa, nadały im życia. Roztoczył przed ludźmi nowego wieku obraz minionych czasów. — Przychodzę do was z przeszłości, przychodzę ze wspomnieniami czasów, które miały nadzieję. Wiek mój był wiekiem marzeń zaczątków, wiekiem podniosłych nadziei; na całym świecie położyliśmy koniec niewoli, na całym świecie szerzyliśmy nadzieję i wiarę, że wojny ustaną, że wszyscy mężczyźni i niewiasty wieść będą życie szlachetne, wolne i spokojne... Takie żywiliśmy nadzieje za czasów, które minęły. I cóż stało się z temi nadziejami? W jakim stanie znajduje się człowiek po dwustu latach? Widzimy wielkie miasta, olbrzymie potęgi, zbiorową wielkość niewyśnioną. Tego celu nie mieliśmy na oku, a jednak to nadeszło. Lecz jak się rzecz ma z owymi małymi, maluczkimi, których życie stwarza życie wielkich? Jak się rzecz ma z życiem ogółu? Jest ciągle takie same. Pełne smutku i znoju, jest życiem okupowanem, niespełnionem, pełnem chuci i żądzy potęgi, bogactwa i szaleństwa i rozpusty. Dawna wiara zwiędła i uschła, nowa wiara... Czy jest jakaś nowa wiara? Spostrzegł teraz, że wierzył w rzeczy, w które wierzyć tak bardzo dawniej pragnął. Pogrążył się w wierze, chwycił się jej oburącz i płynął z nią równomiernie. Mówił gorączkowo, urywanemi zdaniami, lecz mówił z całych sił i z całego serca, albowiem pełen był tej odrodzonej wiary. Mówił o wielkości zaparcia się siebie, mówił o swojej wierze w nieśmiertelne życie ludzkości, której jesteśmy cząstką. Głos wznosił się i opadał, a skrzętnie notujące aparaty szumiały od oklasków, z boku zaś milczące otoczenie śledziło go uważnie z pośród swych cieniów. Ten milczący widz i słuchacz podtrzymał go w niejednem miejscu, które zdawało mu się wątpliwem. Przez kilka podniosłych chwil czuł się bohaterem, nie miał już żadnych wątpliwości, wszystko wyjaśniło mu się w głowie. Wymowa nie doznawała już szwanku. I wreszcie dał zakończenie. — Oto tu i teraz zeznaję ostatnią moją wolę. Wszystko, co posiadam na świecie, daję ludowi świata. Daję wam wszystko i siebie wam daję. A zechce Bóg, żyć będę dla was, albo też zginę dla was. Skończył eleganckim ruchem i odwrócił się. Spostrzegł, że płomień własnego zapału gorzał w oczach dziewczyny. Oczy ich zetknęły się w niemem spojrzeniu; były pełne łez. Zdawało im się, że coś ich pcha ku sobie. Uścisnęli sobie dłonie i stali tak przez chwilę dłoń w dłoni. Po długiem, wymownem milczeniu Helena rzekła szeptem: — Wiedziałam, wiedziałam. On nie zdołał wyrzec słowa, ściskał tylko dłoń jej w swojej dłoni. Człowiek w żółtym stroju stał obok nich. Żadne z nich nie zauważyło, kiedy przyszedł. Powiedział, że straż południowo zachodnia wyruszyła w drogę. — Nie spodziewałem się jej tak prędko — rzekł. — Musieli dokonać cudu. Musi pan wystosować do nich parę słów zachęty. Graham puścił dłoń Heleny i patrzył bezmyślnie na mówiącego. Potem zerwał się i wrócił do dawnych rozmyślań o stacyach aeronautycznych. — Tak — rzekł. — To dobrze, to dobrze. Zastanawiał się nad wyborem słów. — Powiedz im — doskonale! Południowy zachód. Znowu spojrzał na Helenę Wolton. Na twarzy jego wyraźnie malowała się walka sprzecznych myśli. — Musimy zdobyć stacye aeronautyczne — tłumaczył. — Jeżeli tego nie uczynimy, wylądują tam murzyni. Musimy koniecznie temu zapobiedz. I podczas gdy mówił, czuł, że nie to właściwie chciał powiedzieć. Dostrzegł cień zdumienia w jej oczach. Zdawało się, że miała coś rzec, lecz głośny dzwonek pochłonął jej głos. Zaświtało w głowie Grahama, że Helena pragnie, aby poprowadził lud do boju i że to właśnie miał teraz uczynić. Nagle też to powiedział i oświadczył gotowość pójścia na czele ludu. Widział, jak twarz jej odpowiedziała bezsłownie. — Tutaj niczego nie dokonam — rzekł. — To niemożliwe — rzekł człowiek w żółtym stroju. — Miejsce pana tu. Zaczął tłómaczyć szeroko i długo, dlaczego. Wskazał pokój, w którym Graham miał przebywać przez cały czas. — Innej drogi niema — rzekł. — Musimy wiedzieć, gdzie się pan znajduje. W każdej chwili może nastać przełom, a wówczas będzie pan potrzebny dla narady, dla postanowienia. Pokój, do którego wprowadzono Grahama, był bogato przybrany, ozdobiony aparatami, przynoszącymi nowiny. Zdawało się Grahamowi rzeczą naturalną, że Helena pójdzie z nim razem. Przebiegł mu przez myśl obraz olbrzymiej, dramatycznej walki ludu. Tymczasem zamknięto go w pokoju, w którym tylko cztery ściany, a żadnego nie było widoku pola walki. Dopiero w miarę, jak czas uchodził, Graham zdołał wymalować sobie obraz rzeczywistej walki, która toczyła się niewidzialnie, o cztery mile od niego, pod stacyą aeronautyczną w Rochampton. Był to bój dziwaczny i niebywały, bój, który rozpadł się na setki tysięcy drobnych utarczek i bójek, bój, szalejący w labiryncie ulic, gościńców i kanałów, pod promieniami nie słońca lub księżyca, ale lamp elektrycznych, wśród olbrzymiego zamięszania, w którem tracili równowagę ludzie, nieprzywykli do władania bronią, a idący ślepo za rozkazem. Była to walka ludzi, stępiałych wśród odwiecznej, żmudnej pracy i wiekowej niewoli z ludźmi, zdemoralizowanymi przywilejami kupionymi i rozpustą. Nie było tu żadnej różnicy w broni i rodzaje broni nie były znane; jedyną bronią po obu stronach był mały, zielony, metalowy karabin, sporządzony za podnietą Ostroga, kiedy szło o to, aby obalić Radę. Niewielu umiało się obchodzić z tą bronią, wielu trzymało ją bezmyślnie, nie strzelając wcale, wielu przyszło wogóle z bronią, a bez amunicyi; nigdy w dziejach wojennych nie widziano dzikszego ognia i dzikszej strzelaniny. Była to bójka dyletantów; uzbrojeni włóczęgi walczyli z uzbrojonymi włóczęgami, pchani samą tylko siłą pieśni rewolucyjnej. Przez chwilę Graham i Helena stali w milczeniu; serca im biły gwałtownie, spoglądali na się wzajemnie. Po raz ostatni zajaśniało w oczach Grahama marzenie o rozległem panowaniu z Heleną u swego boku. Zajaśniało i zgasło. W tej chwili wpadł jakiś starzec siwowłosy. — I cóż teraz z tego, że mamy Rochampton? Aeroplany są już w Boulogne! — Kanał! — rzekł człowiek w żółtem ubraniu. Zaczął szybko obliczać. — Mamy jeszcze pół godziny czasu. — A oni jeszcze mają w swojej mocy trzy stacye — rzekł starzec. — A owe karabiny? — zawołał Graham. — Nie możemy ich wydobyć, za mało czasu. — Więc znaleziono je? — Zapóźno! — Gdybyśmy mogli ich zatrzymać na godzinę — zawołał ów w żółtym stroju. — Nic ich już teraz nie zatrzyma — rzekł starzec. — Mają blisko sto aeroplanów w pierwszym oddziale. — Na godzinę? — zapytał Graham. — I być tak blisko celu! — zawołał dozorca zbrojowni. — Teraz, kiedy znaleźliśmy karabiny. Być tak blisko celu! Gdybyśmy je tylko mogli wydostać na dachy. — Ile na to czasu trzeba? — zapytał nagle Graham. — Godzina wystarczy. — Zapóźno! — zawołał dozorca zbrojowni — za późno. — Czy istotnie zapóźno — zawołał Graham — nawet teraz? Godzina! Nagle zdawało mu się, że jest jeszcze możliwość jedna. Usiłował mówić spokojnie, lecz twarz miał bladą, jak ściana. — Jest jedna jeszcze możliwość. Powiadasz, że macie aeropil. — Na stacyi w Rochampton, sire. — Rozbity? — Nie. Leży na gościńcu. Możnaby go usunąć na tor bardzo łatwo. Ale niema aeronauty. Graham spojrzał na obu mężczyzn, potem na Helenę. Po długiem milczeniu przemówił. — My nie mamy aeronauty? — Nie. — Aeroplany są ociężałe w porównaniu z aeropilami. Zwrócił się nagle do Heleny. Postanowienie było powzięte. — Ja to uczynię. — Co takiego? — Pójdę do tej stacyi, do tego aeropilu. — Co pan masz na myśli? — Jestem aeronautą. Te dni, z powodu których tyle od pani usłyszałem wyrzutów, nie ze wszystkiem ostatecznie strwonione. Zwrócił się do starca. — Powiedz im, aby wtoczyli aeropil na tor. Ów się zawahał. — Co pan chcesz uczynić? — zawołała Helena. — Ten aeropil — to możliwość... — Chyba pan nie masz zamiaru walczyć w powietrzu? — Walczyć — owszem! Walczyć w powietrzu! Myślałem już o tem przed chwilą. Aeroplan — to ociężała maszyna, a człowiek odważny.... — Ależ — nigdy, odkąd znają sztukę latania, nie walczono w powietrzu — zawołał starzec. — Nie było potrzeby. Ale teraz chwila taka nadeszła. Powiedz im teraz — zanieś im polecenie, aby wtoczyli go na tor. Starzec spojrzeniem zapytał człowieka w żółtym stroju, skinął i wybiegł. Helena podeszła do Grahama. Twarz jej była biała. — Lecz... Jak można walczyć? Zabiją pana. — Być może. Atoli nie zrobić tego, albo pozwolić innemu... Zamilkł, nie mógł już mówić — odrzucił tę alternatywę gwałtownym ruchem ręki. I tak stali, patrząc na się wzajemnie. — Pan ma słuszność — rzekła wkońcu cichym głosem. — Pan ma słuszność. Musi pan iść. Podszedł ku niej, a ona cofnęła się. — Nie — wyrzekła, cała zadyszana. — Nie mogę tego znieść. Proszę iść. Wyciągnął małodusznie obie ręce. Ona zacisnęła pięści. — Proszę iść — krzyknęła. — Proszę iść. Zawahał się. Zrozumiał. Wyciągnął ramiona teatralnie na poły — nie zdołał wyrzec ani słowa. Odwrócił się. Ów w żółtym stroju, zapóźno spostrzegłszy, że trzeba być taktownym, posunął się ku drzwiom niezgrabnie. Lecz Graham wyprzedził go. Człowiek w żółtym stroju spojrzał na cichą postać Heleny, zawahał się, potem wybiegł za Grahamem. Graham nie obejrzał się ani razu, nie wyrzekł ani słowa, aż kotara wielkiej hali zapadła.
|